Nepal, Indie - 2009
17 października - Palolem

Droga do Indii była długa i mecząca. Najpierw 8 godzin w ciasnym autobusie, następnie rikszą półgodzinna przejażdżka do granicy. Po zjedzeniu posiłku nadeszła kolej na 3 godzinną drogę przeładowanym samochodem do Gorakhpur. Tu nastąpiło najgorsze! "Planowe", sześciogodzinne opóźnienie pociągu do Delhi przerodziło się w 13 godzinną katorgę (takie opóźnienia to tutaj norma). Noc spędziliśmy na posadzce holu dworca popijając herbatkę z tłumem Hindusów.


Pociąg przyjechał w końcu do Gorakhpur nad ranem. Cały kolejny dzień jechaliśmy do Delhi, wzbudzając nie lada sensację wśród współpasażerów. Byliśmy dla nich bardzo "egzotyczni", obserwowali każdy nasz ruch. Na miejsce dotarliśmy ok 23.00. W Delhi spędziliśmy kolejny dzień organizując bilety lotnicze na GOA i zwiedzając miasto.


Aktualnie jesteśmy na Goa, w rajskiej miejscowości Palolem :) Jak tu jest opowiemy Wam po powrocie, gdyż na łamach strony podróżniczej nie wypada opowiadać o rozpustnym trybie życia, jaki tu prowadzimy ;) Po prostu jest cudownie!!!! Przez kolejnych kilka dni zamierzamy pokrążyć po okolicznych plażach, aby wrócić do Delhi 24.10.2009, gdyż na 25.10.2009 wykupiliśmy już bilety kolejowe do Agry. W końcu być w Indiach i nie zobaczyć jednego z cudów świata - Taj Mahal, to tak jak być w Warszawie i nie zobaczyć Wieży Eiffela ;-).


Ostatni dzień - 26.10.2009 zaplanowaliśmy na zwiedzanie Delhi. Do Polski wracamy 27.10.2009. Lecimy Lufthansą przez Monachium, ponieważ Aerosvit ( z tajemniczych przyczyn) odwołał nasz lot do Kijowa. Przy założeniu, ze nie potraktują nas jak Jana.M i Nelly Rokitów, zastępczy lot zaproponowany przez firmę, która sprzedała nam bilety, odbędzie się (mamy nadzieje) z korzyścią dla nas.

 
12 października - Pokhara

Wróciliśmy do Pokhary. W Himalajach początkowo było bardzo ciepło. Widoki były piękne a wioski, które mijaliśmy wyglądają jak 500 lat temu. Po kilku dniach, wraz ze wzrostem wysokości pogoda zaczęła się psuć. Codziennie przemierzaliśmy po kilkanaście km. w deszczu, a wieczorami kombinowaliśmy jak wysuszyć nasze rzeczy, co nie było łatwe na tych wysokościach. Drzewa tam nie rosną, wiec ogień to luksus. Najlepszym sposobem na suszenie ubrań okazało się wkładanie ich do lub pod nasze śpiwory w trakcie nocy.


Na wysokości 5400m.n.p.m. w miejscowości Manang pogoda załamała się tak bardzo, ze ludność lokalna twierdziła, iż takiej sytuacji pogodowej w październiku nie było od 15 lat. Bardzo obfite opady śniegu uniemożliwiły dalsze podejście. Niektóre grupy zawróciły, my jednak postanowiliśmy przeczekać. Okazało się to dobrym posunięciem gdyż po trzech dniach wyszło słonce i śnieg zaczął topnieć. Tak długi pobyt w Manang przy okazji pomógł nam lepiej zaaklimatyzować się do wysokości wiec na późniejszych etapach trasy tak bardzo nie odczuwaliśmy skutków choroby wysokościowej.


Kolejne dni trekkingu były dosyć ekstremalne gdyż w nocy temperatura spadała do ok. -20 stopni. O jakimkolwiek ogrzewaniu nie było mowy, a ściany i okna miejsc, w których spaliśmy były tak nieszczelne, ze odczuwaliśmy wiatr. Na szlakach zalegał zmrożony śnieg, co było dodatkowym utrudnieniem. W nocy ubieraliśmy na siebie wszystkie suche rzeczy i zamykaliśmy się w naszych puchowych śpiworach. Trochę ciężko się w nich oddychało gdyż w powietrzu było mało tlenu, ale przynajmniej było ciepło.


Za dnia, co kilka pokonanych metrów musieliśmy się zatrzymywać, aby pozbyć się "zadyszki", ale widok najwyższych szczytów ziemskich rekompensował nam wszystkie niedogodności. W końcu dotarliśmy do najwyżej położonej przełęczy na świecie - THORUNG LA (5416 m.n.p.m.), pobijając tym samym nasz rekord wysokości o 606m. Dotychczas był nim MONT BLANC (4810m.n.p.m.). Wdrapanie się tam niezłe dało nam w kość! Podczas zejścia, z każdą godziną temperatura zaczęła wzrastać a nasze organizmy normalnie funkcjonować. Dotarliśmy do miejscowości MUKINATH - 3800m.n.p.m. gdzie było już względnie ciepło, a każdy ruch nie powodował "zadyszki". I tu rozpoczął się szybki zwrot dotyczący warunków naszego życia. Jeepem zjechaliśmy do miejscowości JOMSOM - 2700m.n.p.m., w hoteliku mieliśmy prawie ciepłą wodę. Następnego dnia malutkim samolocikiem odbyliśmy wspaniały lot miedzy himalajskimi wierzchołkami. Tym samym pozwoliliśmy sobie na wydanie kilkudziesięciu dolarów :) (tutaj to majątek). Wróciliśmy nim do miejscowości Pokhara gdzie aktualnie jesteśmy. Jest tu bardzo przyjemnie, temperatura sięga ok.30 stopni, a restauracje serwują pyszne i tanie jedzonko.


Dzisiaj (12.10.2009) wypoczywamy, ale w planie mamy organizacje w dniu jutrzejszym przejazdu do Indii. Trudy i niedogodności himalajskiego trekkingu mamy zamiar zrekompensować sobie kilkudniowym pobytem na plażach pd. INDII :) (w końcu to nasza podroż poślubna). Zasłużyliśmy sobie na to, gdyż do tej pory pokonaliśmy pieszo ponad 150km. Jak wszystko dobrze pójdzie to na GOA wylecimy 14 lub 15.10.


Pozdrawiamy.
Ola i Adam.

 
1 października - Pokhara

Po 25 godzinnym locie, w końcu dotarliśmy do Delhi. Opóźnienie spowodował strajk na Kijowskim lotnisku. Po czternastogodzinnym oczekiwaniu, wraz ze sporą grupką osób (głównie Hindusi) AEROSWIT w końcu podstawił zastępczy samolot. W między czasie doszło do buntu pasażerów, który musiała opanować ukraińska milicja.


Delhi nie zrobiło na nas najlepszego wrażenia. Wygląda jak przeolbrzymie slumsy, które zamieszkuje ok 15mln osób. Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy indyjskim pociągiem do Gorakhpur, podróż trwała całą noc i zostanie dla nas niezapomnianym przeżyciem. Następnie malutkim samochodem TATA wraz z pięciorgiem poznanych w pociągu Nepalczyków ruszyliśmy w kierunku granicy. Po trzech godzinach dotarliśmy na miejsce, gdzie po kolejnych dwóch godzinach wyruszyliśmy obskurnym, przeładowanym, zdezelowanym ..... autobusem do Nepalu. Mimo przepięknych widoków po drodze, był to najmniej przyjemny etap naszej wyprawy - cholernie niewygodnie a do tego kilkadziesiąt sytuacji, w których o mały włos doszłoby do upadku w przepaść lub zderzenia czołowego.


Późno w nocy dotarliśmy do rajskiego miasta Pokhara, gdzie regenerujemy siły przed jutrzejszym wyruszeniem w Himalaje. Jest tu tak pięknie, że aż szkoda stąd się ruszać, ale musimy realizować zamierzony plan ;) Od jutra zaczynamy ciężką walkę w górach, ale wszystko wskazuje na to, że będzie to niesamowita przygoda. Do "cywilizacji" wrócimy najwcześniej za kilkanaście dni. Wtedy postaramy się znowu odezwać. Trzymajcie kciuki!!!!